"Łatwe jest zejście do piekieł. Jego bramy są otwarte dniem i nocą...", ale kiedy już się tam wejdzie, bardzo trudno jest się wydostać.
Ten blog to pamiętnik (nie)typowej dziewczyny, która potrzebuje podzielić się swoimi myślami, jak każdy "pisarz".

wtorek, 27 września 2016

Szybkie jedzenie – złe jedzenie?

         Siemciak wszystkim! Znowu nie było długo notki, myślę, że zaraz napiszę wam moje przemyślenia o nowej szkole, w której swoją drogą jest supi, ale nie o tym. Proszę was o to artykuł trochę lepszy bo i do innego celu - do gazetki szkolnej. W związku z ową, będziecie nowe rozdziały dostawać co tydzień - będę udostępniać to, co do szkolnej gazetki napisałam, pani zatwierdziła i poprawiła, więc jest prawie perf. Także miłego czytania!

         Fast-food – szybkie jedzenie, czyli po prostu wchodzisz, zamawiasz, czekasz, odbierasz, jesz. Ten prosty schemat powtarza się miliardy razy dziennie w Polsce i na świecie. Zapytani o restauracje tego typu, odpowiadamy automatycznie „McDonald's” albo „KFC”. Każdy z nas je zna, każdy z nas jadł w nich chociaż raz w życiu. Są jednak ludzie, którzy mówią im stanowcze NIE. Dlaczego? Ponieważ są to miejsca, które na pewno ociekają konserwantami, przetworzonym mięsem, nieświeżymi warzywami i innymi obrzydliwymi, jednak pięknie podanymi, artykułami spożywczymi. Ludzie mówią, że jedzenie tam jest nieświeże, niezdrowe, nienaturalne... Sama miałam taki przypadek – zamówiłam ciasteczko w McCafe i okazało się ono być czerstwą podróbką donuta. To właśnie niewinne wydarzenie skłoniło mnie do zabawy w Sherlocka i poszukania odpowiedzi na pytania nurtujące większość z nas.
Jak wygląda przygotowanie ciasteczek?
         W McDonald's gotową masę przynosi się z magazynu, po czym wypieka się ją na miejscu. Zasady dotyczące samego podawania są bardzo restrykcyjne.
„ - Wraz w wyłożeniem ciastka na wystawę robiliśmy opisy każdego z nich. Była tam data przydatności do spożycia. Ciasteczka muszą być świeże, bo często było tak, że przywożono je dwa razy dziennie.” - Mówi Sylwia, była pracowniczka McDonald's.
W takim razie dlaczego trafiłam na nieświeże? Był to zapewne zwykły przypadek i mój pech, tudzież błąd pracownika, bo przecież pomyłka to rzecz jak najbardziej ludzka.
         Dla porównania, w znanej wszystkim sieci marketów Piotr i Paweł wygląda to bardzo podobnie. Masa przywożona z chłodni lub magazynu, wypiekana na miejscu, wstawiana na wystawę, a na kartce zapisana data przydatności do spożycia. Są to podstawowe zasady, takie firmy jak te, muszą utrzymywać dobrą opinię.
„ - Jesteśmy ogólnopolską siecią, nie może być tak, że coś, co podajemy i sprzedajemy będzie nieświeże, bo wtedy ludzie by tego nie kupowali, co oznacza, że stracilibyśmy dobrą opinię. O wszystko trzeba dbać i wszystko musi być zrobione dobrze” - Stwierdza pani Maja, która od kilku lat pracuje w Piotrze i Pawle.
         Taki sposób myślenia jest perfekcyjny, mimo iż jest również z lekka arogancki. Trzeba się starać, bo inaczej stracimy dobrą opinię i pieniądze. Z takiego założenia wychodzą również restauracje fast-food.
W każdej z nich przestrzega się zasad BHP.
         Ściśle określone zasady dotyczące daty przydatności mają nie tylko ciasteczka. W McDonald's, jak i w KFC zasady smażenia, przechowywania i podawania są również bardzo restrykcyjne. Na przykład frytki (które swoją drogą robione są z prawdziwych ziemniaków) po wyjęciu z oleju mają tylko 7 minut przydatności. Po upływie tego czasu całą porcję trzeba wyrzucić, gdyż jest już niezdatna do spożycia. To samo dotyczy kurczaków – mogą być na płycie grzewczej przez jedynie 7 minut. Może założyciele tych dwóch firm chcieli w ten sposób nawiązać do 7 dni stworzenia świata? Nie wiadomo, w każdym bądź razie jest to liczba święta, ponieważ kiedy przekroczy się tę ilość czasu, dane jedzenie jest stratą firmy, bo przecież nie zostanie sprzedane tylko wyrzucone.
Zasady czystości również są bardzo ważne.
         Z wypowiedzi wspomnianej wcześniej Sylwii dowiedziałam się również, że:
„ - Jeśli podnosiliśmy coś z podłogi, na przykład serwetki, to tylko w rękawiczkach jednorazowych albo od razu po podniesieniu szliśmy zdezynfekować ręce.”
Nie możemy więc starać się wmawiać pracownikom, że jedzenie na pewno jest skażone, czy brudne, bo w takim wypadku jest to niemożliwe.
Jeśli chodzi o pracowników, to i tu są odpowiednie normy.
         Coś co zapewne jest ważne dla wszystkich tych, którzy chcieliby pracować w takich miejscach – podejście do nowych ludzi. Wszędzie istnieje coś takiego, jak „tajemniczy klient”, jednak ciekawie wygląda to w sieci McDonald's. Kiedy owa osoba nadesłana z centrali przyjeżdża, zachowuje się jak zwykły konsument. Zamawia jedzenie, zadaje pytania. Nie ma się jednak co martwić – jeśli w tym czasie zdąży wam się obsługiwać kasę i coś pójdzie nie tak, nikt nie powie wam złego słowa. Człowiek ten jest bowiem po to, żeby zachęcić was, nowych, do pracy. Prawdziwy wykład dostanie kierownik – powiedzą mu wszystko, od jakości jedzenia, po krzywe spojrzenie Kowalskiego, które mu się nie spodobało. Co zrobi z tym kierownik to druga sprawa, jednak od tajemniczego klienta złego słowa nie usłyszycie. On tylko poklepie was po plecach i powie, że świetnie pracujecie.
„ - Momentami chciałam zrezygnować, po prostu wyjść i to zostawić. Traktowali nas jak psy, dosłownie, mówili, że nie potrafimy zarządzać, co my robimy na tym stanowisku. to wszystko miało cel, mieliśmy bardziej przykładać się do pracy i bardziej pilnować porządku. Mimo to, zawsze starałam się miło rozmawiać z pracownikami, oczywiście na tyle, na ile było można.” - Opowiada pani Magda, była pracowniczka McDonald's na stanowisku kierowniczym. Dla porównania w Piotrze i Pawle kierownik dostaje maila, w którym są informacje dotyczące wszystkich pracowników.
         Poza wizytacjami ważnym aspektem jest wprowadzenie do pracy. Filip na przykład wspomina:
„ - Było tak, że pierwszego dnia musiałem zdać test który trwał około trzy godziny. Były tam pytania o zasady BHP, które musiałem znać. Kiedy już przystąpiłem do pracy, to na każdym stanowisku była przynajmniej jedna osoba, z dłuższym stażem. Ta osoba pomagała mi i tłumaczyła, co mam robić, a kiedy nabrałem już wprawy, zostawiali mnie samego. Każdy kierownik przestrzegał wszystkich zasad związanych z tym, że jestem małoletni, na przykład nie mogłem podnosić ciężkich rzeczy, wymieniać worków na śmieci, bo to było związane z umową o pracę, której nie mogę mieć.”
Poza tym wszyscy, których zapytałam, czy to odnośnie KFC czy McDonald's, mówili, że ludzie są tam bardzo mili.
„ - Wszystko zależy od osoby, ale ogółem praca jest w bardzo miłej atmosferze, wszyscy odnoszą się do siebie z szacunkiem.” - Mówi Emptiness*, której siostra pracowała w KFC. Przytaczając jej dalszą wypowiedź:
„ - Pracownicy mają obowiązkowe przerwy, nie ważne czy mają 3 czy 8 godzinną zmianę.”
Z kolei w drugim największym fast-foodzie, pracownicy mają zapewnione posiłki. Oznacza to, że i w tym przypadku mamy czas na odpoczynek, chociaż, oczywiście, jest to też uzależnione od ilości klientów w danej chwili.
Podsumowując...
          Zasady panujące w sieciach fast-foodów są do siebie bardzo zbliżone. W każdym normy są restrykcyjne, jednak to sprawia, że utrzymują one wysoki poziom.
A zabawna puenta jest taka, że...
         ...McDonald's sprzedaje około 78 hamburgerów na sekundę, dzienna liczba jego klientów jest większa niż ludność Anglii, a sama sieć jest bogatsza niż Mongolia.

*- user informatorki z portalu społecznościowego Twitter

Lunaris Insignis

piątek, 2 września 2016

Pomoc w rzuceniu palenia czy nowa moda?

Siemka wszystkim! :3
         Jeśli nie lubicie Tede i ReTo, nie odtwarzajcie tej muzyki. Uznałam, że będzie pasować do tematu notki, poza tym ostatnio się w nich zakochałam. Może kiedyś napiszę notkę o muzyce... Jeśli chcecie przeczytać coś takiego to napiszcie :*
         Temat? E-papierosy. W zasadzie do niedawna zastanawiała się po cholerę to jest. Z tego, co rozumiem ogólny zamysł był taki, żeby pomogły w rzuceniu palenia. Jednak to się chyba pozmieniało, bo teraz większość młodzieży przerzuciła się z papierosów na e-peny. W zasadzie czy to jest takie okropne? Szczerze mówiąc nie potrafię tego stwierdzić. Przeczytałam wpis na forum, gdzie ludzie porównywali ilosć nikotyny w zwykłym papierosie do tej, która jest w tym elektronicznym, ale szczerze mówiąc nic z tego nie rozumiem. Kompletnie nic, ale jeśli ktoś by chciał to proszę []. Zrobiło mi to wodę z mózgu, jestem na to za głupia. Nie tłumaczcie mi, zostawmy ten temat, przejdźmy do innych też istotnych kwestii.
         Ważnym dla większości osób aspektem są pieniądze. W takim razie porównajmy. Tanie elektryki można kupić za 60-50 złotych, ale dochodzą do tego koszty olejku i rzeczy, które mogą się w nim łatwo popsuć, czyli np grzałka. Uznajmy, że palimy niewiele i jeden liquid 10ml wystarcza nam na dwa tygodnie. Jest to koszt około 10 złotych. Grzałkę zostawmy. Podsumowując - przy zakupie papierosa i liquidu w jednym miesiącu jest to wydatek około 80zł, zaś przy kolejnych miesiącach już tylko 20/30zł. Zwykłego papierosa kupimy już za złotówkę ale zależy kto ile pali. Przyjmując, że paczka starczy na dwa tygodnie jest to wydatek około 26/39 zł za najtańsze papierosy.
         Kolejnym aspektem jest fakt, że e-papierosy nie pozostawiają na skórze, ubraniach i w ustach nieprzyjemnego zapachu, ładniej wyglądają i można się nimi bawić, ale tu wchodzimy w strefę vapingu, a to zostawmy. Jednak "elektryki" powinny być tylko pomocą przy rzucaniu palenia, a większość osób może zostawia zwykłe, ale przerzuca się na te i wpada w kolejny nałóg, który pochłania masę pieniędzy. Moi dwaj koledzy kupują wszystko razem i na elektryki wydali przez wakacje 3tys złotych. Nie wiem, jak wy, ale ja chciałabym mieć luźne 3tys do wydania i nie zmarnowałabym ich na papierosy. Może jestem dziwna.
         W każdym razie, teraz jest to bardzo popularne. Przerażająco popularne. Jest to kolejny wyznacznik bycia fajnym i może rzeczywiście jest to całkiem fajne, ale bez przesady. Nie mówię, że jestem w tym temacie "czysta", bo nie jestem, co pewnie zauważyliście, ale dla mnie to jest całkiem miłe i przyjemne tylko dlatego, że nie wydaję na to ani grosza. Kiedy spotykam się z kolegami oni zawsze mają swoje elektryki, nawet dwa boxy i palę je z nimi i mi się to podoba, ale ja nie mam żadnych konsekwencji finansowych. A zdrowotne? Nie sądzę, za mało tego jest, żeby mi się coś miało stać. Co do nałogowych palaczy e-papierosów, wiadomo, jest to nałóg i mimo, że zawierają mniej nikotyny, to nadal ją zawierają, tak? Właśnie. Więc nadal są niebezpieczne. To nie lepie się uzależnić od sportu? Gdyby to było takie proste, right? 
Insignis

czwartek, 21 lipca 2016

Soszal Midia

Hej, siemanko, witajcie czytelnicy! :3
         Tym razem skróciłam ten przycisk muzyki, ogółem nie mam pojęcia, czy w ogóle jej używacie, ale jeśli tak, to możecie dać sygnał w postaci komentarza tutaj :D Tak ytbersko trochę pojechałam, ale to dobrze, bo właśnie o portalach społecznościowych tu dziś będzie.
         Napiszę tu wszystko ze swoich doświadczeń. Po pierwsze dzisiaj każdy ma facebooka. Portal niby założony jako praca magisterska, czy jakakolwiek inna z tego co pamiętam, a teraz rozrósł się do czegoś tak niewyobrażalnego. Oglądałam dokument, w którym pokazywali, jak wygląda działanie facebooka i powiem wam, że mnie zaskoczyli. Mają kilka wielkich na hektary (z tego, co pamiętam) hal, w których są dyski każdego profilu. Dlatego nie ma tak, że jak usuwamy profil to on znika. On sobie nadal siedzi w tej hali, no bo przecież nie opłaca im się szukać tego jednego Nowaka, który usunął profil, w pierdyliardach innych dysków. Portal przynosi niebotyczne zyski i tak samo niebotyczne nakłady pieniędzy są potrzebne, żeby go utrzymać. Wszyscy piszą na nim wszystko - dokumentują filmami i zdjęciami swoje życie, ale tylko tak, żeby wszystko wyglądało pięknie. Przeciwieństwem jest na przykład polski Twitter. Zasadą jest, żeby nie posiadać swojego zdjęcia jako ikonki, napisać w bio to, co najważniejsze. Na tt z kolei piszesz o wszystkim. Twitter to taki monolog, który prowadzisz sam ze sobą i liczysz na to, że ktoś na niego zareaguje. Nie mówię oczywiście, że to jest sposób w jaki z tego portalu się korzysta, bo nie, przecież można go uważać za drugi facebook, ale w większości ludzie używają go w ten sposób.
         Ogółem rzecz ujmując, po głębszym zastanowieniu się uznaję, że portale społecznościowe dzielą się na:
- te dla hipsterów i ludzi, którzy potrzebują się wygadać
- te dla swagów, fejmów i tych, którzy albo chcą nimi być, albo nie chce im się wymyślać czegoś konkretniejszego.
Jest bowiem prosty podział - facebook idzie w parze z instagramem, youtubem i snapchatem, zaś twitter z tumblrem, vine'em, wattpadem i bloggerem. Przynajmniej z mojej perspektywy tak to wygląda, chociaż teraz, ostatnio, te granice się zacierają i w zasadzie nie wiem, czy to dobrze, czy nie.
         Postanowiłam zrobić krótką charakterystykę. Oto ona:
- Facebook - portal do komunikacji z twoimi znajomymi, tworzenia stron tematycznych. Ludzie w większości starają się, by ich profil był idealny i przerysowany, każde zdjęcie nie ma w sobie krzty naturalności. Czekanie na dużą ilość like, kom, wiadomości, powiadomień i znajomych. Świetny sposób na znalezienie pomocy w danym temacie, kupno np podręczników szkolnych, czy zakomunikowanie czegoś dużej grupie ludzi. Nie masz fb - nie istniejesz;
- Twitter - portal również do komunikacji, aczkolwiek przez większość polaków uważany za swego rodzaju anonimowy pamiętnik. Ludzie w większości starają się wyróżnić wyglądem swojego profilu, niektórzy sami robią swoje ikonki i headery (profilówki i zdjęcia w tle). Miejsce dla fangirls, idealny do komunikacji z idolem. Ma go większość sławnych ludzi. Dużo akcji, które służą informowaniu o czymś, podniesieniu na duchu, akcje związane z idolami, czy te na zabicie nudy (100pytan, twitterowe imprezy). Dużym minusem są częste kłótnie fandomów i duża ilość dram;
- Instagram - portal służący do udostępniania zdjęć, które tak jak w pzypadku facebooka, powinny być idealne. Ludzie dzielą się wszystkim, co jest dla nich interesujące, czy warte zrobienia zdjęcia. Świetne miejsce do śledzenia życia idola;
- Tumblr - większość osób korzysta z niego anonimowo. Świetne miejsce do udostępniania swoich wytworów artystycznych, ponieważ można tam pisać jak i udostępniać zdjęcia i filmy. W zasadzie tumblra możnaby używać zamiast każdego portalu, ponieważ jest wg mnie połączeniem vine, twittera, wattpada i instagrama. Świetny do szukania inspiracji;
- YouTube - dużo o nim mówić nie muszę. Jeden z lepszych portali, jakie kiedykolwiek powstały. Można na nim znaleźć wszystko - od śmiesznych filmów, przez poradniki, gry, filmy, bajki do muzyki. Dużo raków, które chcą ale nie potrafią, jednak da się z tym żyć;
         Opisałam te główne i najpopularniejsze strony, tak, jak ja je postrzegam. Z chęcią przeczytam wasze przemyślenia na ten temat :)
Insignis
Ps. Nieobecność spowodowana była wyjazdem i brakiem weny. Teraz nowa szkoła, ale mam nadzieję, że przez te dwa pozostałe dni napiszę tyle notek, żeby na cały wrzesień wystarczyło a potem, po pierwszym miesiącu w liceum będzie już chociaż trochę z górki

niedziela, 17 lipca 2016

"A teraz, [...] wkroczmy w noc i dajmy się ponieść tej płochej pokusie, przygodzie."*

*- Albus Dumbledore
Siemka wszystkim!
        Jeśli czytacie tego bloga, to śmiem twierdzić, że lubcie czytać. Mam nadzieję, że również książki. Mam też nadzieję, że papierowe. Powiem wam tak - w dzisiejszych czasach czytanie zanika. Wiem, że dużo osób mówi, że nie, bo młodzież, a zwłaszcza dziewczyny, czytają dość dużo, ale małe dzieci nieszczególnie, nie mówiąc o dorosłych, poza tym porównując dzisiejsze wyniki do tych sprzed 20 lat to coś zupełnie innego. Nie rozumiem dlaczego.
         Czytanie daje nam tak wiele, a większość osób tego nie dostrzega. Czytając, wkraczamy w inny świat, poznajemy nowych ludzi, ćwiczymy wyobraźnię, przeżywamy niesamowite emocje. Nie potrafię zrozumieć ludzi, którzy nie lubią czytać. Co ich demotywuje? Ilość literek na jednej kartce? To muszą być osoby o naprawdę marnym poziomie elokwencji, skoro podczas rozmów ze znajomymi mówią mi "100 stron to dla ciebie mało? Boże, ja to czytam w tydzień!". STO STRON? Sto stron to przecież z godzinka, jak książka jest dobra. A dodając do tego zimę, ciepłe światło lampek choinkowych zawieszonych na suficie, miękkie łóżko, ciastka i kawę... Można siedzieć i siedzieć nad książką! Jak ja nad którymś tomem Darów Anioła.
         Tak samo przeraża mnie fenomen e-booków. Dlaczego? Jak można narażać na wyginięcie papierowe książki? Co z bibliotekami, co z niesamowitym zapachem starej księgi? Jak ludzie będą bez tego żyli?
         Ta notka nie ma na celu obrażania ludzi, którzy nie czytają, chociaż może trochę tak to wygląda. Chcę podzielić się z wami kilkoma świetnymi książkami, które czytałam i wy też powinniście.
         Poza oczywistym, czyli Harrym Potterem i Darami Anioła, mam dla wa kilka innych:
- Dom Nocy - nie przeczytałam całego, tylko trzy pierwsze części, ale historia zapowiada się całkiem miło. Nastoletnie wampiry, ale trochę inne - naznaczone. Z księżycami na czole, trochę to śmieszne, ale fabuła jest bardzo dopracowana. Są geje (:3), są przystojni faceci, jest nastoletnia, skomplikowana miłość, jest przyjaźń, jest konspiracja i są problemy szkolne. Bardzo przyjemna lektura.
- Z ciemnością jej do twarzy - czytałam to bardzo dawno temu. Książka ma chyba około 200 stron i opowiada o dziewczynie, której matka umarła, teraz mieszka z rodziną zastępczą. Lekka post-apo, bo Nowy Orlean nie istnieje i teraz mieszkają tam wyrzutki, jak się okazuje te wyrzutki są bardzo interesujący, bo nie są zwykłymi ludźmi. Spodobała mi się tam postać Violet i jej białego aligatorka. Cała książka także zawiera dość skomplikowany wątek miłosny, typowa walka dobra ze złem i dużo tajemnic, które odkrywamy w miarę z czytaniem.
Szeptem - jestem w trakcie czytania, książka o dziewczynie, która niby jest typowa, ale kiedy nauczyciel biologii przysiada ją do odsuniętego od innych Patcha, zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Typical fantasy dla nastolatków. Całkiem przewidywalna momentami, ale podoba mi się.
- Zaplątani w miłość - typowy romans dla młodzieży, bloggerka, która opisuje swoje doświadczenia z miłością w bardzo zabawny sposób. Kilka rannych osób przy tym będzie. Ma przyjaciółkę i przyjaciela, który mnie zawiódł, bo myślałam, że będzie gejem. Bardzo ciekawa historyjka. No i główna bohaterka jest fanką HP :D
- Bezsennik - POLSKA KSIĄŻKA! Mało takich czytam. Kilka(naście?) części o gimnazjalistkach, typowe problemu i nietypowe sytuacje jak np nocowanie w supermarkecie. Bardzo zabawna i bardzo wciągająca.
- SERIA Assassin's Creed - "powstała na kanwie wydarzeń historycznych. Jest to dzieło fikcji, zaprojektowane, opracowane i stworzone przez wielokulturowy zespół wyznający różne wierzenia i religie." Godziny spędzone na grze w AC zrobiły swoje i chociaż ta seria jest na podstawie gier, to polecam każdemu. Świetnie napisana, momentami wzruszająca (popłakałam się już na początku pierwszej części, ale to chyba dlatego, że Altair jest moim ukochanym asasynem), momentami zabawna i bardzo wciągająca, poza tym, nauczycie się czegoś z historii. Syria i czasy krucjat, renesans, rewolucja amerykańska, czasy piratów, rewolucja francuska... I wiele więcej. POLECAM!
- Magia i Miłość - zaczęłam dopiero czytać. Fantasy dla dorosłych, nie przez treści erotyczne, ale ogółem przez fakt, że to już nie jest śmierć rodziców, miłość do wilkołaka/wampira, nagle boom i jesteś czymś. To jest trochę poważniejsze, ale bardzo fajne.
- Gra w życzenia - thriller, bardzo skomplikowany bo co chwile bez jakiegokolwiek ostrzeżenia zmienia się postać narracyjna, trzeba zapamiętywać bohaterów bardzo szybko i sprawnie. Akcja dzieje się w szkole dla chłopców i cała fabuła jest bardzo skomplikowana i przesiąknięta przemocą, czasami przywodzi na myśl wszechogarniający homoseksualizm, w zasadzie sama nie wiem, nie pamiętam jak to się skończyło. Skomplikowana, ale bardzo ciekawa.
- Portret Doriana Gray'a - ksiażka stara, bo wydana na końcu XIX, albo początku XX wieku. Pisał ją gej i to widać w wypowiedziach jednego z bohaterów, książka bardzo trudna, bo ma skomplikowany język, ale gorąco polecam, jest świetnie napisana, postacie są barwne, czasami lekko przerażające. UWAGA: lepiej nie bierzcie do serca wszystkiego, co mówi Lord Henryk. On ma takie sentencje, że zaczniecie się w końcu zastanawiać nad sensem swojego życia i inaczej spojrzycie na ludzi. Ta książka zmienia podejście do życia, ma w sobie coś mrocznego, może to przez tą historię z portretem, ale na mnie wpłynęła niebywale.
         Napisałabym jeszcze kilka, ale nie pamiętam dokładnie, o co w nich chodzi i nie chcę wam dawać byle czego. Może kiedyś uzupełnię tą listę w innej notce. Miłego czytania! ;)
Insignis.

środa, 13 lipca 2016

Krwista czerwień, błękit nieba i... Siano.

Hejciak kochani!
         Ta notka jest zadedykowana kochanej fryzjerce, która zniszczyła mi włosy za 100zł. I przepraszam, że nie jest na poważny temat tak jak większość, ale muszę to napisać.
         Chyba każdy miał kiedyś taki moment w życiu, gdzie po prostu chciał się przefarbować. Nieważne na jaki kolor, po prostu chciał. No i ja miałam tak ostatnio. Chciałam mieć włoski niebieskie. Pomyślałam, ze sombre byłoby dobrym pomysłem, bo jest śliczne. Ok. Poszłam do jednej, zrobiła mi na sprawdzenie czy moje włosy wsiąkną farbę, jeden kosmyk i kolor wyszedł delikatnie niebieski. Powiedziała, że może mi zrobić tak, że będzie trochę z rozjaśnionymi włosami i trochę tak i to będzie super. Chciała 200zł i uznałyśmy z mamą, że pójdziemy poszukać gdzieś indziej i jak coś, to wrócimy tu. U innej fryzjerki dali cenę 160zł. No i w końcu, w kolejnym salonie 100. Umówiłam się.
         Przyjaciółka przyczepiła się do mnie, za co ją kocham i poszła ze mną do tej fryzjerki. Siedziałam tam półtorej godziny. Najpierw mi lekko podcięła końcówki, potem zaczęła zdejmować kolor. Siedziałam z rozjaśniaczem na włosach raptem 15 minut i Pani uznała, że tyle w zupełności wystarczy, no więc dobra, ja się nie znam, zmywamy. Podczas zmywania ból był okropny, bo kobieta zupełnie nie wiedziała, jak to zrobić. Głowa latała mi jakbym jechała samochodem wyścigowym po typowej polskiej drodze, ciągnęła mnie cholernie i tylko modliłam się o koniec (a nawiasem mówiąc, kościół jest zaraz za tym salonem). Mimo wszystko nikt mnie nie wysłuchał, coraz bardziej jestem zawiedziona Boziem i Dżoziem, ale po 10 minutach skończyła zmywać i wycierać włosy. Teraz trzeba było jeszcze je pofarbować. I pomyślicie pewnie, że kazała mi normalnie usiąść, zaczęła nakładać farbę i nie wiem, zakładać mi na włosy jakieś papierki czy coś. Nie. Ona mi ją wmasowała w głowę jak odżywkę, co znowu bolało okropnie i BF tylko się śmiała, bo widziała moją minę wyrażającą cierpienie. Jakoś jednak przeżyłam i kiedy przyszło zbawienie w postaci suszenia włosów to ta farba wyglądała całkiem ładnie, chociaż to były bardziej pofarbowane końcówki niż sombre, ale ok, uznałam, że jest dobrze. Wyszłyśmy i dużo się śmiałyśmy z przyjaciółką, ale po powrocie do domu trzeba było zagrać przed rodzicami, że mi się podoba. Wyszło mi to całkiem kulawo, ale schowałam się do pokoju i jakoś przeżyłam. 
         Wszystko byłoby całkiem miło, gdyby nie fakt, że Pani fryzjerka powiedziała "ta farba nie schodzi i zostanie aż nie zetniesz włosów". A co się stało? Hmmm... Zeszła. No popatrzcie, cóż za zbieg okoliczności! Teraz te włosy są wyblakłym zielonym a nie niebieskim i niedługo idę do fryzjerki je ściąć. Już innej, bo jeszcze powiem, że ma mi ściąć do linii twarzy a okaże się że wyjdę jako Pazdan czy coś.
         W każdym razie jeśli chodzi o włosy to radze wam wydać trochę więcej, albo pójść do zaufanego fryzjera, bo w innym wypadku skończycie jak ja.
         Wybaczcie długość notki, ale potrzebowałam wam to napisać, poza tym, jeśli ktoś rozważa farbowanie włosów, to przyda mu się przestroga.
Insignis.

czwartek, 7 lipca 2016

Koniec i powrót do starych dobrych czasów?

Cześć Podglądacze!
Ostatnia notka była dwa tygodnie temu i to jest na tyle długo, że zaczęły mnie brać wyrzuty sumienia, więc postanowiłam poświęcić dzisiejszy dzień na pisanie notek zapasowych, które zostaną udostępnione automatycznie.
         Poprzednio nie dałam wam muzyki do czytania, bo zapomniałam, ale teraz robię to specjalnie. Poza tym, kompletnie odbiegając od tematu mam remont w pokoju i to jest idealne, bo będę miała (a w zasadzie już mam...) niebieskie ściany i białe meble. I czarne dodatki. Boże, pięknie tam będzie.
         Wracając. Temat dzisiejszy to oczywiście już lekko przygasła rzecz - reforma w oświacie! O taak, dlaczego by znowu nie namieszać, dlaczego by jako nowy, świetny rząd nie pozostawić po sobie śladu w postaci powrotu do starych dobrych czasów? Powiem wam, co o tym myślę. To ogółem rzecz biorąc nie jest taki zły pomysł, ale oczywiście ma dwie strony medalu - tą dobrą i tą okropną. 
         Dobrą zmianą w tym całym przedsięwzięciu byłby fakt, że może (ale tylko może) uda się w ten sposób pozbyć ze szkół "koksów", którzy chodzą i zastraszają innych. Może udałoby się też zmniejszyć już i tak bardzo wysoki odsetek palących ludzi w moim wieku i młodszych. Palących, pijących, czy nawet ćpających. Młodość rządzi się swoimi prawami i oni będą po te używki i tak sięgać, ale kiedy zostaną w tej podstawówce, gdzie ich rodzice zapisali, czyli w 90% jak najbliżej domu, kiedy będą mieli na karku tych samych nauczycieli, którzy przyjmowali ich do tej szkoły, kiedy nie wiedzieli, ile to 2+2, to może wtedy nie przyjdzie im to tak szybko do głowy. A w gimnazjum? Kiedy ja zmieniłam szkołę, ponieważ moja zespołem szkół nie była, od razu nauczyciele mówili nam "traktujemy was jak dorosłych i tak macie się zachowywać". No to jeżeli nam tak mówią, to się zachowujemy. Jesteśmy dojrzali - rozmawiamy o seksie i oglądamy porno. Jesteśmy odpowiedzialni - pijemy i palimy z głową. Jesteśmy wychowani - przekleństw używamy tylko w ściśle określonych przypadkach. Stawiamy się nauczycielom, bo bronimy swoich racji. Niektórzy właśnie tak to odbierają. Oczywiście szanowna Pani Szydło powie, że ona wychodzi na przeciwko rodzicom! Ona jest ich aniołem stróżem! Ona - tylko ona - o nich myśli." - Wszystkie doświadczenia, które w tej chwili mamy z posyłaniem dzieci 6-letnich do szkół pokazują, że to była bardzo zła decyzja. Dlatego my przychylamy się do zdania rodziców, ekspertów i pedagogów i proponujemy wprowadzenie zmiany ustawowej." Tak mówiła o 6-latkach. Co powie o gimnazjalistach? Poza tym, jest jeszcze jedna rzecz, której ja nie rozumiem - czy w takim razie JA - absolwentka gimnazjum - będę teraz na starej podstawie programowej i będę w liceum 3 lata? Czy może dadzą mi nową i będę tam siedzieć lat 4? A jeśli jednak 3, to czy moja rok młodsza kuzynka będzie rok dłużej? 
         Z tego miejsca porozmawiajmy o minusach. Bardzo podobał mi się artykuł, który znalazłam na stronie "Wyborczej", z tego co widzę są to "Listy do Wyborczej" i niejaka Pani Lidka Radzio pisze tak: "MEN opracuje program nauczania na lekcjach wychowawczych. Domyślam się, że będzie tam dużo "kształtowania postaw patriotycznych". [...] Gimnazja zostaną zlikwidowane. Nie wiadomo, gdzie będą się uczyć VII- i VII-klasiści. W podstawówkach, razem z "maluszkami"? Tam, gdzie przez ostatnie 10 lat montowano kolorowe dywaniki i sale zabaw? Przecież tam, do cholery, nawet nie ma krzeseł w ich rozmiarze! (No a jeśli w gimnazjach, to argument o likwidacji gimnazjów jako siedlisk zła i wylęgarni przemocy jest inwalidą)." Stuprocentowo się z tą panią zgadzam! Co prawda pominęła Pani kwestię zespołów szkół, gdzie np. ja uczyłam się, a na przerwach pomiędzy 2-metrowymi chłopakami z gim latały maluchy z pierwszej podstawówki. Więc w mojej szkole wyszłoby na to samo. Ale poza tym! Co z nauczycielami? Przecież oczywistym jest, że nie wszyscy dostaliby posady, bo tych samych przedmiotów mogliby uczyć ci ludzie, którzy uczą młodszych. Pedagodzy gimnazjalni też straciliby pracę, bo po co zatrudniać kolejnego pedagoga dla dwóch roczników (klasa 7 i 8), skoro oni są tak czy inaczej w podstawówce i mogą chodzić do pedagoga dla podstawówki? No i najważniejsza kwestia, którą również poruszyła Pani Radzio: "Na przygotowanie nowych programów nauczania, przeszkolenie nauczycieli, napisanie i wydrukowanie nowych podręczników mamy rok. Myślę, że za rok będzie sporo memów z literówkami i błędami merytorycznymi z tych naprędce kleconych protez w roli głównej."
         Morał jest taki: jeśli chcecie, żeby Was zapamiętano, zróbcie coś co będzie bezkompromisowo tą Waszą DOBRĄ ZMIANĄ, a nie coś, co chyba tylko bardziej namiesza.
Insignis.

wtorek, 21 czerwca 2016

Druga młodość rzeczy starej i znanej

Siemka wszystkim!
         Długo notki nie było, bo kończę gimnazjum i w związku z tym, mam strasznie dużo roboty. Wyniki z egzaminów są dobre (polski 91%, ang podstawa 95% i rozszerzenie 93%), pasek mam, wzorowe jest, także dałam radę. Ten tydzień to już lajcik, jutro idę farbować włosy (niebiesko-fioletowe sombre) i kupić tacie prezent na dzień ojca (23 JEST DZIEŃ OJCA). Ale w zeszłym tygodniu nie miałam nawet czasu na dodatkowy oddech. Organizowałam wystawę w szkole, konkurs, miałam występ teatralny w szkole specjalnej, był bal gimnazjalny, do tego zaliczałam ostatnie oceny, no i jeszcze stres z wynikami egzaminów... Nie miałam głowy, do pisania. Ale teraz mam, więc przejdźmy dalej, chociaż to będzie krótka notka, bo nie zdążę jej rozwinąć, zaraz mecz Polska-Ukraina.
         Czy wy też zastanawiacie się nad nagłym wybuchem miłości do biegania? Jakby to było coś niesamowitego, nowatorskiego. A przecież to jest rzecz tak stara, że ja nie potrafię zrozumieć, dlaczego akurat teraz stała się popularna. Idziesz sobie spokojnie po ulicy wieczorem albo rano i leci jeden, drugi, trzeci, po dwudziestym zaczynasz się zastanawiać o co tu chodzi. I żeby to jeszcze było normalne bieganie dla biegania... Czasami, kiedy patrzę na tych herkulesów, przemierzających miasto, to wydaje mi się, że nie chodzi tu o fakt sportu, ale o fakt jakiegoś szpanu, mówiąc kolokwialnie. Buty za 500zł, koszulka, bluza, legginsy, czapka... A do tego jakie oporządzenie! To nie jest tak łatwo, to trzeba słuchawki, zegarek, który jest połączony bluetooth'em z paskiem na klatce piersiowej i mierzy tętno, tu woda, tam okularki, batonik w kieszonce... To trzeba całe przygotowania poczynić. Czy naprawdę o to tu chodzi?
         Chcąc się przekonać, niczym zawodowa dziennikarka postanowiłam - a co mi tam. Wszyscy latają to i ja polecę. Zorganizowałam sobie towarzystwo w postaci przyjaciółki (chociaż to towarzystwo bardziej zorganizowało sobie mnie, bo to dzięki niej się za to wzięłam) i po długiej odprawie, udało nam się wylecieć. Biegłyśmy dwie godziny, dziesięć kilometrów. Pięć w jedną i tyle samo w drugą. Laskiem, przy rzeczce, było całkiem miło. Dobiegłyśmy do jeziora, tam chwila odpoczynku, ćwiczenia i powrót. I wnioski mam następujące - to całe bieganie jest bardzo przyjemne i satysfakcjonujące. Nie trudno poprawić dystans, czy czas, więc efekty w postaci spełnienia i dumy są gwarantowane. Poza tym to zawsze jest wysiłek fizyczny, czyli działa na nas dobrze i jest jak najbardziej akceptowany przez organizm. A łącząc takie dreptanie z ćwiczeniami myślę, że efekty zobaczycie dość szybko.
         Moja przygoda z bieganiem trwała dwa tygodnie, potem mi się odechciało. Pewnie to źle, ale zobaczymy, może do tego wrócę. Jak już pisałam, rzecz wiadoma - to jest nam potrzebne. Ale poza tym - bycie fit jest teraz modne. W zasadzie nie rozumiem tego. Dlaczego akurat dzisiaj stało się to tak popularne? Myślę, że podstawowym powodem jest cała ta wielka moc nazywana elektroniką. Zawsze znajdą się tacy, co będą mieli problem. I teraz też są, ale to są ludzie w miarę mądrzy i walczą z człowiekiem siedzącym przez sport. To jest dobry pomysł, ale dlaczego to wszystko musi być takie ostentacyjne? Programy, gazety, no gdzie nie pójdziesz, tam masz bieganie, albo wezwanie na siłownie. Niedługo w toaletach publicznych będą szyldy "wypróżniając się, pamiętaj o mocnym i świadomym spinaniu mięśni ud i brzucha - w ten sposób spalasz dodatkowe kalorie". Błagam, przestańcie.
         Nie mówię tutaj, że to wszystko jest złe, bo patrząc na dzieci, których jest coraz mniej na dworze, na place zabaw świecące pustkami, to mam wrażenie, że może cały szum wokół sportu. Może to jest ta przysłowiowa brzytwa, której się chwycimy i która nas uratuje.
Insignis.

wtorek, 14 czerwca 2016

Absurd XXI wieku

Cześć kochani!
         W zasadzie nie wiem, po co daję wam te piosenki do czytania, ale jak już to robię, to będę to robić tak długo, aż uznam to za głupie. Możecie napisać, czy to dobry pomysł. Jeśli ktoś to czyta w ogóle.
          Na pomysł do tej notki wpadłam u mojej dziewczyny i nawet trochę z jej pomocą. Szczerze, nie miałam weny na nic konkretnego poza jakimiś starymi pomysłami, aż tu nagle boom i czuję to. Kocham to uczucie i współczuję ludziom, którzy nigdy go nie poczuli. No, ale zacznijmy.
         W naszym dzisiejszym świecie wiele jest rzeczy bezsensownych. Na przykład stosunek długości bloków reklamowych do długości filmu pomiędzy nimi. Czasem oglądając telewizję mam moment zacięcia mózgu, w którym jestem jak: "O, film. A ja tu reklamy oglądałam.". Mimo to, jednym z bardziej irytujących mnie absurdów jest zdecydowanie stwierdzenie "młodzież to już tylko na telefonach i w komputerach siedzi". Może się czepiam tych wszystkowiedzących i świętych dorosłych, ale błagam, czy to jest nasza wina? Oczywiście, nie zamierzam tu zrzucać winy na nich, bo to nie jest to, co chcę pokazać. Spójrzmy jednak na takie typowe sytuacje w codziennym życiu każdego (a przynajmniej większości) z nas. Weźmy na przykład coś takiego - dziecko lat około 9. przychodzi do salonu, gdzie siedzą rodzice.
- Rodzice? Co to znaczy awangarda? - Pyta dziecko.
Owi rodzice patrzą po sobie z właśnie awangardowym zastanowieniem pomieszanym ze znudzeniem na twarzach. Po kilku sekundach napierającej na wszystkich ciszy, odzywa się matka:
- Dziecko, nie wiem, jak ci to wytłumaczyć... 

Po niej głos zabiera ojciec:
- Sprawdź sobie w google - mówi pewnym siebie głosem, z ulgą, że pozbył się natręta.

No i takie dziecko leci do swojego pokoju, czy gdziebądź indziej i sprawdza w internecie, że awangarda ma bardzo dużo znaczeń i czyta je wszystkie, albo chociaż z dwa, i - oczywiście - powiększa swoją wiedzę, ale jaki ma z tego pożytek, skoro całą robotę, za przeproszeniem, odwalił za niego komputer? Nie było żadnego wertowania stron encyklopedii, żadnego literowania alfabetu czy nawet szukania właściwego słowa, przelatując wzrokiem po hasłach. Za to dziecko dostało impuls, że takie używanie komputera jest całkiem dobre, no bo po co się męczyć, jak można wpisać, kliknąć enter i już. A może ono nawet nie wie, że można tak samo (tylko przy zaangażowaniu większej ilości komórek mózgowych) znaleźć odpowiedź w książkach? Tu ocieramy się o temat podupadającego czytelnictwa, ale nie o tym mowa.
         Kolejnym przykładem będzie na pewno Dzień Dziecka. Nadchodzi ta niebywała dla wszystkich maluchów data, 1. czerwca. I co jest w telewizji? Reklamy. Czego? Prezentów dla dzieci. Jakich? O. Tutaj się zatrzymajmy. No bo jakiż by tu prezent kupić takiemu dzieciakowi? No najlepiej laptop, tablet, smartfon, smartwatch i inne kompletnie niepotrzebne mu do życia rzeczy. To jest dziecko! Ono się rozwija! Dajmy mu gry planszowe, skakankę, piłkę, rower, albo chociażby lalkę czy samochodzik! Czy to nie o takich prezentach marzył każdy z nas w wieku 6-12 lat? Co, ja się pytam, stało się ze światem, że dziewczynka w wieku 12 lat chodzi wymalowana w koszuleczce przed pępek, w bucikach na koturnach i ze swoim i-phone'em, a tak samo "dorosły" chłopczyk idzie sobie ze znajomymi i krzyczy do dziewczyn "ale dupa!"? Co jest z nami nie tak?! Idąc dalej tokiem reklam. Ile jest takich, poświęconych zabawkom, takim prawdziwym? Niewiele. A grom na PC albo PS, telefonom, telewizorom specjalnie dla dzieci? Zdecydowanie za dużo.
         Postawmy sobie więc pytanie - co tu się do cholery jasnej dzieje? Dlaczego macie pretensje do dzieci o to, że nie mają normalnego życia, podczas gdy sami im takie internetowe życie serwujecie?
Insignis

niedziela, 12 czerwca 2016

Co to i po co to?

         Dzisiaj. Dnia 12.06. Kiedy powinnam się uczyć na pytanie z geografii. Ja przybieram nowe pseudo artystyczne, aby założyć ten oto blog. Ten blog, który będzie moim debilnym pamiętnikiem, z którego będę korzystać może i nawet codziennie, kto wie.
         Moje nowe pseudo artystyczne, czyli rzecz na którą straciłam prawie godzinę. Wybrałam Insignis, co z łaciny oznacza "rzucający się w oczy", jeśli ufać tłumaczowi. Myślę, że to w większości przypadków do mnie pasuje, a przynajmniej chciałabym, żeby tak było. Jestem typem osoby, która może nie tyle lubi być w centrum uwagi, co lubi się wyróżniać. Lubię to uczucie, kiedy ludzie się na ciebie patrzą z miną mówiącą "wow", albo "co kurwa". Nie jestem z kolei typem osoby, która przejmuje się opinią innych. Myślisz, że jestem fajna? Supi. Myślisz, że jestem zjebana? Supi, ale pierdol się. Nie ma nic pomiędzy.
         Kim jestem? Aktualnie to szesnastoletnią dziewczyną, która już zdążyła odnaleźć pasję, ustalić sobie cel w życiu, określić swoją orientację jako biseksualizm. Pasja? Pisarstwo. Cel? Wydanie książki? Biseksualizm? Tak i jestem z tego dumna. Dumna to nie znaczy, że ostentacyjnie to pokazuję. Może pokazuję to tylko w 20 procentach. Może troszkę więcej. Dlaczego uznałam, że jestem biseksualna? Kurcze, jeśli ktoś z was ma zachwiania orientacji to wie, jak to jest. Myślisz o tym, aż w końcu albo dajesz sobie spokój, albo wychodzi ci takie coś. Miałam chłopaka jakieś dwa lata temu i wiecie, to nie był poważny związek, ok. Może nie powinnam się określać, skoro nawet nie miałam z chłopakiem swojego pierwszego razu. Tylko, co mam zrobić, skoro bardzo spodobała mi się dziewczyna? I co mam zrobić, skoro kilka miesięcy wcześniej tak samo podobał mi się chłopak? A co jeszcze mam zrobić, skoro kilka miesięcy później spodobała mi się jeszcze inna dziewczyna, a potem... A potem poczułam do niej coś, czego nie czułam do nikogo innego nigdy? Nie wiem. Nie wiem, czy to, o robię, to to, co będę robić zawsze. Ale jak na razie uznaję to za normalne i wspaniałe. Bycie z nią to rzecz, która jest dla mnie najlepsza i najważniejsza. Kocham ją i nie wstydzę się tego. Miłość jest piękna, nawet taka. Odbiegając od tego. Co lubię? Książki, gry, muzykę. Książki fantasy, gry strzelanki (z wyjątkiem ukochanego Assassin's Creed), muzyka różna (jak na razie Adam Lambert, Troye Sivan i każdy z bliźniaczych Trap/Chill/House/Bass Nation). Social media? Twitter i tumblr, z czego to drugie w znacznie mniejszym stopniu. Linki podam w zakładkach.
         To jest pierwszy post i w zasadzie nie wiem, co mam tu pisać. Jak na razie to chyba wszystko.
         Jeśli przez to przebrnąłeś, to podziwiam cię.
Insignis