"Łatwe jest zejście do piekieł. Jego bramy są otwarte dniem i nocą...", ale kiedy już się tam wejdzie, bardzo trudno jest się wydostać.
Ten blog to pamiętnik (nie)typowej dziewczyny, która potrzebuje podzielić się swoimi myślami, jak każdy "pisarz".

środa, 13 lipca 2016

Krwista czerwień, błękit nieba i... Siano.

Hejciak kochani!
         Ta notka jest zadedykowana kochanej fryzjerce, która zniszczyła mi włosy za 100zł. I przepraszam, że nie jest na poważny temat tak jak większość, ale muszę to napisać.
         Chyba każdy miał kiedyś taki moment w życiu, gdzie po prostu chciał się przefarbować. Nieważne na jaki kolor, po prostu chciał. No i ja miałam tak ostatnio. Chciałam mieć włoski niebieskie. Pomyślałam, ze sombre byłoby dobrym pomysłem, bo jest śliczne. Ok. Poszłam do jednej, zrobiła mi na sprawdzenie czy moje włosy wsiąkną farbę, jeden kosmyk i kolor wyszedł delikatnie niebieski. Powiedziała, że może mi zrobić tak, że będzie trochę z rozjaśnionymi włosami i trochę tak i to będzie super. Chciała 200zł i uznałyśmy z mamą, że pójdziemy poszukać gdzieś indziej i jak coś, to wrócimy tu. U innej fryzjerki dali cenę 160zł. No i w końcu, w kolejnym salonie 100. Umówiłam się.
         Przyjaciółka przyczepiła się do mnie, za co ją kocham i poszła ze mną do tej fryzjerki. Siedziałam tam półtorej godziny. Najpierw mi lekko podcięła końcówki, potem zaczęła zdejmować kolor. Siedziałam z rozjaśniaczem na włosach raptem 15 minut i Pani uznała, że tyle w zupełności wystarczy, no więc dobra, ja się nie znam, zmywamy. Podczas zmywania ból był okropny, bo kobieta zupełnie nie wiedziała, jak to zrobić. Głowa latała mi jakbym jechała samochodem wyścigowym po typowej polskiej drodze, ciągnęła mnie cholernie i tylko modliłam się o koniec (a nawiasem mówiąc, kościół jest zaraz za tym salonem). Mimo wszystko nikt mnie nie wysłuchał, coraz bardziej jestem zawiedziona Boziem i Dżoziem, ale po 10 minutach skończyła zmywać i wycierać włosy. Teraz trzeba było jeszcze je pofarbować. I pomyślicie pewnie, że kazała mi normalnie usiąść, zaczęła nakładać farbę i nie wiem, zakładać mi na włosy jakieś papierki czy coś. Nie. Ona mi ją wmasowała w głowę jak odżywkę, co znowu bolało okropnie i BF tylko się śmiała, bo widziała moją minę wyrażającą cierpienie. Jakoś jednak przeżyłam i kiedy przyszło zbawienie w postaci suszenia włosów to ta farba wyglądała całkiem ładnie, chociaż to były bardziej pofarbowane końcówki niż sombre, ale ok, uznałam, że jest dobrze. Wyszłyśmy i dużo się śmiałyśmy z przyjaciółką, ale po powrocie do domu trzeba było zagrać przed rodzicami, że mi się podoba. Wyszło mi to całkiem kulawo, ale schowałam się do pokoju i jakoś przeżyłam. 
         Wszystko byłoby całkiem miło, gdyby nie fakt, że Pani fryzjerka powiedziała "ta farba nie schodzi i zostanie aż nie zetniesz włosów". A co się stało? Hmmm... Zeszła. No popatrzcie, cóż za zbieg okoliczności! Teraz te włosy są wyblakłym zielonym a nie niebieskim i niedługo idę do fryzjerki je ściąć. Już innej, bo jeszcze powiem, że ma mi ściąć do linii twarzy a okaże się że wyjdę jako Pazdan czy coś.
         W każdym razie jeśli chodzi o włosy to radze wam wydać trochę więcej, albo pójść do zaufanego fryzjera, bo w innym wypadku skończycie jak ja.
         Wybaczcie długość notki, ale potrzebowałam wam to napisać, poza tym, jeśli ktoś rozważa farbowanie włosów, to przyda mu się przestroga.
Insignis.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz